Działo się to ponad 20 lat temu. Pamiętam jedną z prób w gronie licznej grupy amatorów, wśród nich mojego sąsiada, Pana Ryszarda Dolatę, który jest z nami do dzisiaj. Było ciasno, ale rodzinnie i ambitnie.
Powstawał chór parafialny… .
Czy mógłby Pan przybliżyć okoliczności tego ważnego wydarzenia w życiu młodej Parafii. Jak do tego doszło?
– Z perspektywy mojego stażu wiekowego mogę powiedzieć, iż łańcuszek ludzi dobrej woli czyni wokół nas cuda, historie trudne do przewidzenia. Pamiętam, jeszcze z czasów mojego pobytu w rodzinnym Gostyniu, młodego chłopaka, który na czas nauki w liceum mieszkał „na pokoju” w domu rodziców mojego przyjaciela. Po latach, ku mojemu zdumieniu, spotkałem Go ponownie, tym razem jako proboszcza i budowniczego naszej Parafii, ks. Czesława Ksonia.
Dzięki temu zbiegowi okoliczności moje relacje
z Parafią stały się od zaraz bardzo familiarne. Jestem również w żywym, serdecznym kontakcie z księdzem Waldemarem Babiczem, gorliwym orędownikiem zorganizowania chóru parafialnego. To On na pierwszym spotkaniu organizacyjnym w podziemiach nowego kościoła namówił mnie, abym podjął się „dyrygowania” świeżo „upieczonymi” śpiewakami – amatorami. Spontaniczny entuzjazm parafian oraz liczba zainteresowanych przerosły nasze oczekiwania. Od strony muzycznej dużą pomocą w szlifowaniu kultury śpiewu oraz zasilenia Chóru „Nazaret” na różnego rodzaju koncertach byli członkowie Chóru Nauczycieli Miasta Poznania im. Karola Kurpińskiego, którego już wtedy byłem dyrygentem i kierownikiem. To dzięki Nim (kolega Henryk Malicki pozostaje wciąż niezastąpionym filarem basów) oraz wielu innym ludziom, którym chciało się chcieć, i to zupełnie bezinteresownie, powstał działający do dzisiaj Parafialny Chór „Nazaret”.
Proszę nam przybliżyć Pańską drogę do zawodu mistrza muzyki chóralnej.
– W domu rodzinnym śpiew rozbrzmiewał od najmłodszych moich lat. Mama Teresa śpiewała
w chórze kościelnym, obie babcie również… . Tata, niestety, zginął krótko po wojnie, gdy miałem sześć lat. Uzdolnienie muzyczne i miłość do muzyki ujawniły się również u moich braci – Adama i Włodzimierza, który kierował między innymi Chórem Mieszanym im. St. Moniuszki. Jedynie Gabriel, najstarszy brat, wybrał zawód nauczyciela wychowania fizycznego.
Ku naszej radości i dumie, córka Magda grała na wiolonczeli a syn Bartek śpiewał w Chórze Chłopięcym i Męskim „Poznańskie Słowiki” pod batutą prof. Stefana Stuligrosza.
Żona Barbara, także śpiewała w chórze, choć tylko 2 lata. Musiała zajmować się dziećmi i domem, ale również zastępować męża, który poza pracą zawodową na etacie nauczyciela śpiewu i muzyki, podejmował często dodatkowe obowiązki związane z zawodem chórmistrza, jak chociażby prowadzenie Chóru Nauczycieli i innych, a wśród nich „Nazaret”. A to znaczyło próby, próby i jeszcze raz próby oraz koncerty lokalne oraz wyjazdowe na terenie kraju i za granicą. Do niezapomnianych wspomnień zaliczam tournée po Włoszech w 1987 roku, występ na audiencji generalnej w roku 2000 i spotkanie z Papieżem Janem Pawłem II w Watykanie oraz w Castel Gandolfo, czy przyjacielskie kontakty z chórzystami francuskimi połączone z turystyką.
Pierwsze doświadczenia chóralne przeżyłem w kościele, gdzie jako ministrant, w ramach służby przy ołtarzu, najchętniej przemykałem na balkon, aby obok mamy śpiewać z chórem parafialnym. Często śpiewałem na pogrzebach.
Począwszy od szkoły średniej znaczący wpływ na moje wybory dotyczące szkół i uczelni miał ksiądz Teodor Lerch, kuzyn mojej mamy, który prowadził wówczas Niższe Seminarium Duchowne w Wolsztynie. Po ukończeniu szkoły podstawowej i pierwszej klasy Liceum w Gostyniu trafiłem właśnie do tego Seminarium, ponieważ tam był internat. Maturę zdałem w Liceum Ogólnokształcącym w Wolsztynie, po czym studiowałem na Studium Nauczycielskim w Poznaniu oraz w Wyższej Szkole Muzycznej w klasie prof. Stefana Stuligrosza.
W każdym momencie i w każdej sytuacji widzimy Pana wraz z Małżonką Barbarą. Czy jest COŚ, za co chciałby Pan dzisiaj powiedzieć dyskretnie, na ucho swojej Żonie?
– Nasze oczy spotkały się po raz pierwszy na pochodzie pierwszomajowym (!), potem na inauguracji roku szkolnego, ponieważ pracowaliśmy w tej samej szkole w Kobylem Polu, a potem już korzystaliśmy z każdej okazji, aby być blisko siebie. I tak to trwa już ponad 50 lat, w przyszłym roku będziemy dziękować Panu Bogu za 55 lat naszego małżeństwa – platynowe gody!!! Co daj Boże!
Dziękuję mojej żonie za wszystko, co uczyniła i czyni dla mnie, dla naszej rodziny, dla naszych dzieci, wnuków, bo tak naprawdę wszystko Jej zawdzięczam. Gdyby nie Ona, nasze wspólne życie nie byłoby tak piękną, fascynującą bajką, a Bajka nie byłaby moim Życiem.
Proszę dokończyć zdanie: Gdybym nie został chórmistrzem to byłbym…
– Chórmistrzem incognito, chórmistrzem amatorem. Muzyka, a zwłaszcza śpiew chóralny tak mnie zafascynował, że nie wyobrażam sobie innej pracy.
Jest takie powiedzenie: Jak się kiwo tak się śpiwo. Maestro, wybrał Pan najpiękniejszy, a równocześnie najdelikatniejszy i najtrudniejszy instrument świata, jakim jest głos ludzki. Obserwując Pana pracę nasuwa mi się przekonanie, że pod „kiwaniem” Pana batuty i kamienie by „zaśpiwały”.
Czym się różnią chórmistrz od dyrygenta i co jest najważniejsze w relacjach międzyludzkich?
– W pracy zawodowej jestem nade wszystko chórmistrzem, tak odczytałem moje powołanie i temu celowi poświęciłem całe moje życie. W praktyce jestem również dyrygentem i niejednokrotnie zdarzyło mi się dyrygować chórem oraz towarzyszącą mu orkiestrą. Wspominam to doświadczenie bardzo dobrze.
W pracy z chórzystami trzeba się wykazać wyrozumiałością i cierpliwością, zwłaszcza, kiedy mam do czynienia z amatorem, osobą która nie zna zapisu nutowego i śpiewa wyłącznie ze słuchu. Najgorsze, co może powiedzieć chórmistrz osobie chcącej wstąpić do chóru to – nie nadajesz się. To jest bardzo ważne, zwłaszcza, że w czasach obecnych zainteresowanie śpiewem w chórze wśród młodych ludzi jest niewielkie. To jest problem, który dotyczy również naszego Chóru parafialnego „Nazaret”. Dlatego proszę mi pozwolić, abym skorzystał z tej okazji i zaprosił z całego serca kobiety i mężczyzn z Osiedla Mikołaja Kopernika i nie tylko; szczególnie panów, bo oni wydają się być wyjątkowo nieśmiali i wstydliwi, aby zasilili i odmłodzili nasz Chór, aby dali sobie szansę odkrycia własnych talentów i nowych możliwości, aby zadbali o podtrzymanie tradycji i kontynuowali tę piękną historię. Chłopy, odwagi! Jedynym wymogiem jest miłość do muzyki.
Wydawałoby się, że w śpiewie chóralnym można lekko zafałszować, bo tego i tak nikt nie zauważy!!!.
Czy każda/każdy chętny nadaje się do chóru? Czy talent wystarczy?
– Uważam, że śpiewać każdy może. Podobno, tylko około 5% populacji ludzkiej ma różnej natury kłopoty ze śpiewem. Zadaniem chórmistrza jest przekonanie osoby posiadającej słuch muzyczny, iż potrafi śpiewać. Prawdą jest, iż śpiewanie „wciąga”, kto raz spróbuje ten nie przestanie. Natomiast każdy występ publiczny, zwłaszcza śpiew solowy ale również chóralny jest obarczony ryzykiem ośmieszenia się, a nawet kompromitacji jeśli się zdarzy pomylić nuty psując odbiór artystyczny i estetyczny utworu i rozdrażniając słuchaczy. Dla śpiewaków profesjonalnych pomocą jest zapis nutowy, choć powinni oni śpiewać jak z nut bez nut, bez kartki papieru. W przypadku śpiewaków amatorów musimy zaufać pamięci, która zależy od tego ile czasu i z jaką częstotliwością przećwiczyliśmy dany utwór.
Absolutnie nie ma zgody na fałszowanie, bo to tak jakby piekarz wypiekł chleb z zakalcem. Dla każdego profesjonalisty i śpiewaka amatora receptą na sukces, i to nie tylko w muzyce, jest pracowitość i pokora.
Śpiew to zdrowie, lekarstwo na poprawę nastroju, ćwiczenie pamięci, środek na samotność. Maestro, Pan dzieli się z nami, w chórze i poza nim Swoją zaraźliwą, pozytywną energią. I za to bardzo, bardzo serdecznie dziękuję. Czy mógłby nam Pan opowiedzieć jakieś wydarzenie, które szczególnie utkwiło w Pańskiej pamięci?
– Na koncertach chórów, gdzie wszystko dzieje się na żywo, gdzie mamy do czynienia z bardzo różnymi ludźmi, o różnych charakterach, temperamentach
i umiejętnościach dzieją się różne, mniej lub bardziej zabawne historie.
Proszę jednak mi pozwolić podzielić się wspomnieniem z lat chłopięcych, kiedy miałem 14 lat. Uprzedzam, iż jest to przygoda dość dramatyczna ale ze szczęśliwym zakończeniem.
Gdy byłem ministrantem i nadarzyła się okazja, aby zarobić parę groszy, to chętnie z niej skorzystałem. Razem z kolegą zgodziliśmy się wymalować sklepienie nawy w kaplicy kościoła pw. św. Małgorzaty w Gostyniu. Pracowaliśmy na rusztowaniu na wysokości ponad 8 metrów – kolega stał na deskach,
a ja, na drabinie. W pewnym momencie kolega przesunął się na krawędź rusztowania, drabina straciła oparcie, w wyniku czego runąłem na ławki kościelne. Na szczęście, nogami w dół. Jakoś, o własnych siłach doszedłem do zakrystii, a tam już się mną zaopiekowano. Cała przygoda zakończyła się dwudniową obserwacją w szpitalu.
Pamiętam jeszcze napis, który akurat odnawiałem przed upadkiem: Ratuj mnie w potrzebie! I tak ratuje mnie przez całe życie.
Bardzo dziękuję za rozmowę, dziękuję za niezapomniane chwile emocji i wzruszeń, które dzięki Panu możemy przeżywać, dziękuję za odkrycie przed nami zaczarowanego i tajemniczego ogrodu Muzyki i Śpiewu, dziękuję Pana Żonie, Pani Barbarze za życzliwość i wspaniałomyślność wobec Pana Pasji.
Życzę zdrowia i tego nieustającego animuszu, który nam się udziela przy okazji każdej próby i koncertu.
Szczęść Boże!
Stefan Wolny
Wywiad ukazał się w „Nasza Wspólnota nr 7 (371) wrzesień 2022”

